1. Video rozmowa

„Muszę się stąd wynieść. Cholera! Jak mogłam dopuścić do tej sytuacji?! Po co ja w ogóle myszkowałam po tych cholernych piwnicach!", dziewczyna krzyczała do siebie w myślach i klęła na swoją głupotę, kiedy zrozumiała, że została przechytrzona przez wstrętnego bachora, co to wyjadał kozy z nosa na śniadanie i podwieczorek każdego dnia.
Znoszona koszula w szkocką kratkę przesiąkła już smrodem ścieków, odorem martwych ciał i brudną wodą, w której brnęła, ledwo chwytająca oddech, Ripley Peterson. Włosy zmieniły się w skołtunione, pozlepiane błotem strąki. Blada skóra stała się sina, gdzieniegdzie żółta i czarna z powodu sińców. Głośny chlupot poniósł się echem, kiedy skowyt i warczenie goniło zmarzniętą dziewczynę, która uparcie rozpychała się ramionami w burgundowej wodzie, odpychając zwłoki znanych jej osób. Spojrzała przez ramię i zobaczyła jadowicie żółte oczy, zbliżające się nieubłaganie. Chrzęst miażdżących kości ciał odbił się od zaokrąglonych ścian, a pomyje otaczające Ripley zachybotały na boki gwałtownie.
„Przestań się nad tym zastanawiać, Rips! Musisz stąd uciekać. Musisz znaleźć Anais i uciekać z tego piekła na ziemi czym prędzej! Wymyśl coś!", wrzeszczała do siebie w głowie. Rozglądnęła się na boki i przełknęła gorycz w gardle.
Czas ją gonił. Zegarmistrz, diabeł i ogar piekielny. Ileż mogła uciekać od tego, co ją czekało? Kończyły jej się siły, płuca płonęły, skostniałe palce przestały drgać, a zziębnięte ciało coraz bardziej zwalniało. „To nie może tak się skończyć!", pomyślała zdruzgotana, biorąc w usta spory haust powietrza. „Teraz albo nigdy".
— Nie uciekniesz, Ripley! — zarechotała właścicielka. — Stąd nie ma ucieczki. Ode mnie nie ma ucieczki!
Zacisnąwszy zęby, dziewczyna zanurzyła się w wodzie cała. Nie patrząc przed siebie, płynęła z prądem. Jednak mocne szarpnięcie za nogawkę spodni spowodowało, że automatycznie otworzyła oczy i ujrzała rozcieńczoną czerwień wokół siebie i oszałamiająco białą pianę. Wściekłe szczypanie zaczęło dawać o sobie znać, więc przymknęła zmęczone powieki. Uparcie starała się wyszarpać prawą kończynę z łap ogara piekielnego, który próbował ją zatrzymać, wbijając pazury w miękką skórę jej łydki. Szarpiąc się z nim, przez taflę wody widziała jego dosyć wysoką posturę.
„Pamiętaj Rips, ogary piekielne mają bardzo wrażliwe oczy.", mówił Sebastian, kiedy grywali w szachy na najwyższym piętrze, w staroświeckim sierocińcu pani Lorey. „Mam nadzieję, że ta wiedza nigdy ci się nie przyda. Obyś naprawdę wierzyła w to, że one nie istnieją."
Zacisnęła pięści i ugryzła się w język, przypominając sobie chłopca o ciemnych blond włosach. „Cholera, nie czas na to! Przecież to zapchlone dziadostwo zaraz mnie wrąbie!", pomyślała. Wynurzyła głowę i zgarnęła dłonią wodę. Ogar piekielny zawył, kiedy krople zetknęły się z jego oczami. Puścił jej nogę i zaryczał. Przerażona Ripley przełknęła z trudem ślinę i zaczęła się wycofywać, nie spuszczając wzroku z potwora.
Kępki sierści znajdowały się jedynie na ramionach i dłoniach, a na głowie był niemalże łysy. Pysk miał zniekształcony, ciało umięśnione, choć prawa część była wyższa niż lewa. Spomiędzy pomarszczonych warg wyciekała ślina, a żółte kły należały do grona tych, których za nic nie chciało się spotkać na drodze. To nie był człowiek, ale także nie przypominał zwierzęcia.
— Poddaj się, Ripley. Nie uda ci się uciec. Po prostu odpuść — zacmokała kobieta w czarnej sukni z białym kołnierzykiem i siateczką przy rękawie. Srebrna broszka w kształcie głowy kruka błyszczała pod szczupłą brodą, tuż przy łabędziej szyi. Ciemnobrązowe włosy miała spięte w misterny kok.
Zegarmistrz natomiast stał w czarnej podartej kurtce motocyklisty i w jeansowych spodniach. I gdyby nie tak brudna woda, Ripley wiedziała, że dojrzałaby na dnie ciężkie buty, które znalazła we wraku starego mercedesa na skraju lasu, i staromodne obcasy jak każde inne w garderobie.
— Możesz mnie pocałować w tyłek, ty stara wiedźmo! — fuknęła dziewczyna. Jeżeli miała zginąć, to przynajmniej nie jak tchórz. Nie jak owca pokornie idąca na rzeź i godząca się na taki los.
Ripley jęknęła, kiedy zahaczyła nogą o cegłę leżącą na dnie i poleciała do tyłu, wpadając prosto w ramiona wody, która z chluśnięciem wleciała jej do ust i odebrała dech. Dziewczyna odepchnęła się nogami od dna i wynurzyła głowę, ignorując po raz kolejny pojawiające się szczypanie. Przycisnęła się do ściany i wycofała w jeden z mniejszych kanałów. Przesuwając dłońmi po śliskich cegłach, natrafiła palcami na kołatkę.
I to nie byle jaką. Była połyskująca w kształcie kruka, taka sama jak na drzwiach głównych sierocińca.
Dziewczyna zacisnęła mocniej zęby, odwróciła się szybko i przykucnęła. Pchnęła drzwiczki, czując po chwili, jak opór znika. Wleciała wraz z masą wody do środka. Pomyje zalewały ją, jednak zdołała się podnieść i docisnąć drzwi z powrotem. Kręciło jej się w głowie, z trudem łapała oddech. Jedyne o czym mogła w tym momencie myśleć, to to, aby uciec z tego koszmaru. I to z Anais.
Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że poziom wody w pomieszczeniu zaczął się podnosić. Z sercem w gardle przesunęła na ślepo dłońmi po drzwiczkach; jej palce natrafiły na szpary, których przed chwilą nie było. Dopóki nikt go nie ruszał, stare, przegniłe drewno opierało się wodzie. Aż do teraz.
Zacisnęła usta i cofnęła się, słysząc, jak zza drzwi dochodzi chlupot płynięcia, a także ryk właścicielki:
— RIPLEY, TY MAŁA SUKO!
Wyskoczyła z dołka i wspięła się po zardzewiałej drabince, która była wmontowana w ścianę zejścia. Popędziła szybko w stronę starych, odrapanych drzwi. Przełknęła z trudem ślinę i szarpnęła za klamkę, słysząc, jak wolno wiszący łańcuch opadł na betonową podłogę. „Proszę, proszę, proszę!", pomyślała. „Nie usłysz tego!"
— Lepiej uciekaj, bo kiedy cię dorwę, wypatroszę jak twojego kolegę, Sebastiana!
Żal ścisnął serce Ripley na myśl o zaginionym przyjacielu.
Kiedy w końcu drzwi zaskrzypiały, stając otworem, okazało się, że kanały, w których aktualnie przebywała, należały do zamkniętej części sierocińca. Nigdy w nich nie była. Tylko jakim cudem pod sierocińcem znajdowały się tak obszerne kanały i nikt tego nie wykrył? Jak to jest możliwe, że nie zwróciła uwagi na szum płynącej wody, kiedy myszkowała po piwnicy wraz z Philipem, Anais i Sebastianem? I jak głęboko znajdowała się teraz pod ziemią?
Nie wiedząc dokładnie gdzie się kierować, wybrała najprostszą i najszybszą drogę, na jaką ją było teraz stać. Pokonując kilkadziesiąt schodków, na końcu długiego korytarza, w końcu dotarła do zamkniętego skrzydła budynku. Panowała tam nieznośna cisza, ale i także odór rozkładającego się ciała, i... środków do dezynfekcji?
Była w skrzydle pielęgniarskim. I wcale nie wyglądał tak czysto, jak ostatnim razem. Podłoga była ubrudzona krwią, przyrządy leżały porozrzucane na białych kaflach, a łóżka zakryto prześcieradłami.
Ripley zacisnęła zęby i podeszła do ramy łóżka, przyglądając się ogromnej czerwonej plamie na środku białego materiału. Chwyciła w palce kraniec i podniosła, momentalnie odwracając wzrok i połykając wymiociny, które cofnęły się jej prosto do gardła. Na łóżku leżała około dwunastoletnia dziewczynka. Twarzyczkę miała bladą, jasne włoski związane w dwa kucyki, a ciało było nagie. I puste.
— O Boże! — pisnęła Ripley, kiedy jej wzrok natrafił na wycięte wnętrzności. Walały się one po bokach drobnego ciałka, a jelito cienkie i grube zwisały z łóżka prosto do wiadra. Jak ona mogła tego nie zauważyć wcześniej? — Muszę się stąd wydostać. Anais, gdzie ty jesteś?
Wybiegła ze skrzydła pielęgniarskiego, mijając świetlicę i salę muzyczną. Gdzie podziały się wszystkie dzieci? Nie żyły? Zniknęły? Uciekły? Spały? W końcu była dwudziesta druga, ale czy w takim razie nic nie słyszały? Musiały słyszeć, ponieważ wszędzie niosło się echo. Zbyt duże przestrzenie powodowały, że nawet zwykłe stukanie w ścianę niosło się dwieście metrów dalej.
Pokonawszy staroświeckie schody i minąwszy niezliczoną ilość obrazów pani Lorey oraz donice paproci, w końcu przystanęła pod pokojem z numerem 333, który znajdował się w wieży należącej do dziewczynek. Nacisnęła klamkę i pierwsze co ujrzała po wejściu, to czerwony pentagram narysowany na podłodze.
— NIE! — krzyknęła zrozpaczona, widząc, do kogo owa krew należała. A dokładniej do jej młodszej przyjaciółki z łóżka obok, która siedziała na krześle, na środku pentagramu. Długie rude warkoczyki otulały szyję niczym kokardka, nadgarstki zdobiła sieć czerwieni, a mocno zielone oczy zaszły mgłą.
Dziewczyna zaszlochała, wiedząc doskonale, że nie mogła już nic zrobić. Musiała ratować siebie, ponieważ dla Anais było już za późno. Chwyciła znajdującą się pod poduszką kamerę i włączyła tryb nocny. Czerwona kropka zamigotała, a sześć zer zaczęło się zmieniać: 00:00:13. Biegnąc wzdłuż korytarza, Ripley wsłuchiwała się w dzwoniącą ciszę, dźwięk uderzania mokrych butów o kafle i brzęczenie pszczół. Pchnęła w końcu drzwi i zbiegła ze ślizgiem po schodach. Mijając krzewy na podwórzu i pnie pustych drzew, zaczęła mówić roztrzęsionym głosem, uprzednio chrząkając:
— Nazywam się Ripley Peterson. Mam szesnaście lat i mieszkam w Hawk Town przy ulicy Felix Four Street. Moi rodzice zginęli w wypadku, kiedy coś im wybiegło przed maskę. Wylądowałam u pani Lorey w sierocińcu z dwójką innych dzieci: z Philipem i Anais — sapnęła ciężko, odwracając się za siebie. — Jeśli to oglądacie, to znaczy, że nie udało mi się uciec z tego piekła, tak samo jak innym.
Przed sierocińcem zapaliła się lampa, a drzwi uchyliły się. Zza nich wyłoniła się ona i ogar piekielny, który zawył przeciągle do księżyca, stojąc zgarbiony na dwóch nogach i rękach. Gdzie podział się Zegarmistrz w takim bądź razie?
— Ona tutaj idzie. Idzie mnie zabić. Jeśli to oglądacie, proszę, zanieście to komendantowi Anselowi Stackhouse. Nie pozwólcie jej skrzywdzić następnych dzieci. Ona jest...
Ripley wygięła się do tyłu, kiedy jej włosy znalazły się w silnym uścisku kobiety. Trzaśnięcie kości szyi rozbrzmiało na nagraniu, a trzeszczenie i zakłócenia obrazu co rusz się pojawiały.
— Tu cię mam!
— NIE, PROSZĘ, NIE! — wrzeszczała Ripley.
Kobieta uśmiechnęła się szeroko, a ostre kły wysunęły się jak na zawołanie.
— Czas na kolację.


Jeżeli znajdziesz w tekście błąd czy nawet zwykłą literówkę, proszę, napisz mi o niej w komentarzu. To pomaga mi udoskonalić swoją pracę. Dziękuję!

^