„Muszę się stąd wynieść.
Cholera! Jak mogłam dopuścić do tej sytuacji?! Po co ja w ogóle
myszkowałam po tych cholernych piwnicach!", dziewczyna krzyczała do
siebie w myślach i klęła na swoją głupotę, kiedy zrozumiała, że została
przechytrzona przez wstrętnego bachora, co to wyjadał kozy z nosa na
śniadanie i podwieczorek każdego dnia.
Znoszona koszula w
szkocką kratkę przesiąkła już smrodem ścieków, odorem martwych ciał i
brudną wodą, w której brnęła, ledwo chwytająca oddech, Ripley Peterson.
Włosy zmieniły się w skołtunione, pozlepiane błotem strąki. Blada skóra
stała się sina, gdzieniegdzie żółta i czarna z powodu sińców. Głośny
chlupot poniósł się echem, kiedy skowyt i warczenie goniło zmarzniętą
dziewczynę, która uparcie rozpychała się ramionami w burgundowej wodzie,
odpychając zwłoki znanych jej osób. Spojrzała przez ramię i zobaczyła
jadowicie żółte oczy, zbliżające się nieubłaganie. Chrzęst miażdżących
kości ciał odbił się od zaokrąglonych ścian, a pomyje otaczające Ripley
zachybotały na boki gwałtownie.
„Przestań się nad tym
zastanawiać, Rips! Musisz stąd uciekać. Musisz znaleźć Anais i uciekać z
tego piekła na ziemi czym prędzej! Wymyśl coś!", wrzeszczała do siebie w
głowie. Rozglądnęła się na boki i przełknęła gorycz w gardle.
Czas ją gonił.
Zegarmistrz, diabeł i ogar piekielny. Ileż mogła uciekać od tego, co ją
czekało? Kończyły jej się siły, płuca płonęły, skostniałe palce
przestały drgać, a zziębnięte ciało coraz bardziej zwalniało. „To nie
może tak się skończyć!", pomyślała zdruzgotana, biorąc w usta spory
haust powietrza. „Teraz albo nigdy".
— Nie uciekniesz, Ripley! — zarechotała właścicielka. — Stąd nie ma ucieczki. Ode mnie nie ma ucieczki!
Zacisnąwszy zęby,
dziewczyna zanurzyła się w wodzie cała. Nie patrząc przed siebie,
płynęła z prądem. Jednak mocne szarpnięcie za nogawkę spodni
spowodowało, że automatycznie otworzyła oczy i ujrzała rozcieńczoną
czerwień wokół siebie i oszałamiająco białą pianę. Wściekłe szczypanie
zaczęło dawać o sobie znać, więc przymknęła zmęczone powieki. Uparcie
starała się wyszarpać prawą kończynę z łap ogara piekielnego, który
próbował ją zatrzymać, wbijając pazury w miękką skórę jej łydki.
Szarpiąc się z nim, przez taflę wody widziała jego dosyć wysoką posturę.
„Pamiętaj Rips, ogary
piekielne mają bardzo wrażliwe oczy.", mówił Sebastian, kiedy grywali w
szachy na najwyższym piętrze, w staroświeckim sierocińcu pani Lorey.
„Mam nadzieję, że ta wiedza nigdy ci się nie przyda. Obyś naprawdę
wierzyła w to, że one nie istnieją."
Zacisnęła pięści i
ugryzła się w język, przypominając sobie chłopca o ciemnych blond
włosach. „Cholera, nie czas na to! Przecież to zapchlone dziadostwo
zaraz mnie wrąbie!", pomyślała. Wynurzyła głowę i zgarnęła dłonią wodę.
Ogar piekielny zawył, kiedy krople zetknęły się z jego oczami. Puścił
jej nogę i zaryczał. Przerażona Ripley przełknęła z trudem ślinę i
zaczęła się wycofywać, nie spuszczając wzroku z potwora.
Kępki sierści znajdowały
się jedynie na ramionach i dłoniach, a na głowie był niemalże łysy.
Pysk miał zniekształcony, ciało umięśnione, choć prawa część była wyższa
niż lewa. Spomiędzy pomarszczonych warg wyciekała ślina, a żółte kły
należały do grona tych, których za nic nie chciało się spotkać na
drodze. To nie był człowiek, ale także nie przypominał zwierzęcia.
— Poddaj się, Ripley.
Nie uda ci się uciec. Po prostu odpuść — zacmokała kobieta w czarnej
sukni z białym kołnierzykiem i siateczką przy rękawie. Srebrna broszka w
kształcie głowy kruka błyszczała pod szczupłą brodą, tuż przy łabędziej
szyi. Ciemnobrązowe włosy miała spięte w misterny kok.
Zegarmistrz natomiast
stał w czarnej podartej kurtce motocyklisty i w jeansowych spodniach. I
gdyby nie tak brudna woda, Ripley wiedziała, że dojrzałaby na dnie
ciężkie buty, które znalazła we wraku starego mercedesa na skraju lasu, i
staromodne obcasy jak każde inne w garderobie.
— Możesz mnie pocałować
w tyłek, ty stara wiedźmo! — fuknęła dziewczyna. Jeżeli miała zginąć,
to przynajmniej nie jak tchórz. Nie jak owca pokornie idąca na rzeź i
godząca się na taki los.
Ripley jęknęła, kiedy
zahaczyła nogą o cegłę leżącą na dnie i poleciała do tyłu, wpadając
prosto w ramiona wody, która z chluśnięciem wleciała jej do ust i
odebrała dech. Dziewczyna odepchnęła się nogami od dna i wynurzyła
głowę, ignorując po raz kolejny pojawiające się szczypanie. Przycisnęła
się do ściany i wycofała w jeden z mniejszych kanałów. Przesuwając
dłońmi po śliskich cegłach, natrafiła palcami na kołatkę.
I to nie byle jaką. Była połyskująca w kształcie kruka, taka sama jak na drzwiach głównych sierocińca.
Dziewczyna zacisnęła
mocniej zęby, odwróciła się szybko i przykucnęła. Pchnęła drzwiczki,
czując po chwili, jak opór znika. Wleciała wraz z masą wody do środka.
Pomyje zalewały ją, jednak zdołała się podnieść i docisnąć drzwi z
powrotem. Kręciło jej się w głowie, z trudem łapała oddech. Jedyne o
czym mogła w tym momencie myśleć, to to, aby uciec z tego koszmaru. I to
z Anais.
Dopiero po chwili zdała
sobie sprawę, że poziom wody w pomieszczeniu zaczął się podnosić. Z
sercem w gardle przesunęła na ślepo dłońmi po drzwiczkach; jej palce
natrafiły na szpary, których przed chwilą nie było. Dopóki nikt go nie
ruszał, stare, przegniłe drewno opierało się wodzie. Aż do teraz.
Zacisnęła usta i cofnęła się, słysząc, jak zza drzwi dochodzi chlupot płynięcia, a także ryk właścicielki:
— RIPLEY, TY MAŁA SUKO!
Wyskoczyła z dołka i
wspięła się po zardzewiałej drabince, która była wmontowana w ścianę
zejścia. Popędziła szybko w stronę starych, odrapanych drzwi. Przełknęła
z trudem ślinę i szarpnęła za klamkę, słysząc, jak wolno wiszący
łańcuch opadł na betonową podłogę. „Proszę, proszę, proszę!", pomyślała.
„Nie usłysz tego!"
— Lepiej uciekaj, bo kiedy cię dorwę, wypatroszę jak twojego kolegę, Sebastiana!
Żal ścisnął serce Ripley na myśl o zaginionym przyjacielu.
Kiedy w końcu drzwi
zaskrzypiały, stając otworem, okazało się, że kanały, w których
aktualnie przebywała, należały do zamkniętej części sierocińca. Nigdy w
nich nie była. Tylko jakim cudem pod sierocińcem znajdowały się tak
obszerne kanały i nikt tego nie wykrył? Jak to jest możliwe, że nie
zwróciła uwagi na szum płynącej wody, kiedy myszkowała po piwnicy wraz z
Philipem, Anais i Sebastianem? I jak głęboko znajdowała się teraz pod
ziemią?
Nie wiedząc dokładnie
gdzie się kierować, wybrała najprostszą i najszybszą drogę, na jaką ją
było teraz stać. Pokonując kilkadziesiąt schodków, na końcu długiego
korytarza, w końcu dotarła do zamkniętego skrzydła budynku. Panowała tam
nieznośna cisza, ale i także odór rozkładającego się ciała, i...
środków do dezynfekcji?
Była w skrzydle
pielęgniarskim. I wcale nie wyglądał tak czysto, jak ostatnim razem.
Podłoga była ubrudzona krwią, przyrządy leżały porozrzucane na białych
kaflach, a łóżka zakryto prześcieradłami.
Ripley zacisnęła zęby i
podeszła do ramy łóżka, przyglądając się ogromnej czerwonej plamie na
środku białego materiału. Chwyciła w palce kraniec i podniosła,
momentalnie odwracając wzrok i połykając wymiociny, które cofnęły się
jej prosto do gardła. Na łóżku leżała około dwunastoletnia dziewczynka.
Twarzyczkę miała bladą, jasne włoski związane w dwa kucyki, a ciało było
nagie. I puste.
— O Boże! — pisnęła
Ripley, kiedy jej wzrok natrafił na wycięte wnętrzności. Walały się one
po bokach drobnego ciałka, a jelito cienkie i grube zwisały z łóżka
prosto do wiadra. Jak ona mogła tego nie zauważyć wcześniej? — Muszę
się stąd wydostać. Anais, gdzie ty jesteś?
Wybiegła ze skrzydła
pielęgniarskiego, mijając świetlicę i salę muzyczną. Gdzie podziały się
wszystkie dzieci? Nie żyły? Zniknęły? Uciekły? Spały? W końcu była
dwudziesta druga, ale czy w takim razie nic nie słyszały? Musiały
słyszeć, ponieważ wszędzie niosło się echo. Zbyt duże przestrzenie
powodowały, że nawet zwykłe stukanie w ścianę niosło się dwieście metrów
dalej.
Pokonawszy staroświeckie
schody i minąwszy niezliczoną ilość obrazów pani Lorey oraz donice
paproci, w końcu przystanęła pod pokojem z numerem 333, który znajdował
się w wieży należącej do dziewczynek. Nacisnęła klamkę i pierwsze co
ujrzała po wejściu, to czerwony pentagram narysowany na podłodze.
— NIE! — krzyknęła
zrozpaczona, widząc, do kogo owa krew należała. A dokładniej do jej
młodszej przyjaciółki z łóżka obok, która siedziała na krześle, na
środku pentagramu. Długie rude warkoczyki otulały szyję niczym kokardka,
nadgarstki zdobiła sieć czerwieni, a mocno zielone oczy zaszły mgłą.
Dziewczyna zaszlochała,
wiedząc doskonale, że nie mogła już nic zrobić. Musiała ratować siebie,
ponieważ dla Anais było już za późno. Chwyciła znajdującą się pod
poduszką kamerę i włączyła tryb nocny. Czerwona kropka zamigotała, a
sześć zer zaczęło się zmieniać: 00:00:13. Biegnąc wzdłuż korytarza,
Ripley wsłuchiwała się w dzwoniącą ciszę, dźwięk uderzania mokrych butów
o kafle i brzęczenie pszczół. Pchnęła w końcu drzwi i zbiegła ze
ślizgiem po schodach. Mijając krzewy na podwórzu i pnie pustych drzew,
zaczęła mówić roztrzęsionym głosem, uprzednio chrząkając:
— Nazywam się Ripley
Peterson. Mam szesnaście lat i mieszkam w Hawk Town przy ulicy Felix
Four Street. Moi rodzice zginęli w wypadku, kiedy coś im wybiegło przed
maskę. Wylądowałam u pani Lorey w sierocińcu z dwójką innych dzieci: z
Philipem i Anais — sapnęła ciężko, odwracając się za siebie. — Jeśli
to oglądacie, to znaczy, że nie udało mi się uciec z tego piekła, tak
samo jak innym.
Przed sierocińcem
zapaliła się lampa, a drzwi uchyliły się. Zza nich wyłoniła się ona i
ogar piekielny, który zawył przeciągle do księżyca, stojąc zgarbiony na
dwóch nogach i rękach. Gdzie podział się Zegarmistrz w takim bądź razie?
— Ona tutaj idzie.
Idzie mnie zabić. Jeśli to oglądacie, proszę, zanieście to komendantowi
Anselowi Stackhouse. Nie pozwólcie jej skrzywdzić następnych dzieci. Ona
jest...
Ripley wygięła się do
tyłu, kiedy jej włosy znalazły się w silnym uścisku kobiety. Trzaśnięcie
kości szyi rozbrzmiało na nagraniu, a trzeszczenie i zakłócenia obrazu
co rusz się pojawiały.
— Tu cię mam!
— NIE, PROSZĘ, NIE! — wrzeszczała Ripley.
Kobieta uśmiechnęła się szeroko, a ostre kły wysunęły się jak na zawołanie.
— Czas na kolację.
Jeżeli znajdziesz w tekście błąd czy nawet zwykłą literówkę, proszę, napisz mi o niej w komentarzu. To pomaga mi udoskonalić swoją pracę. Dziękuję!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz